Postrzałki

Ci z nas, którzy niestrudzenie dniem i nocą depczą myśliwym po piętach oraz często penetrują miejsca gdzie odbywają się polowania, mogą co jakiś czas znaleźć tzw. postrzałki. W naszym kraju są to zwierzęta ranione najczęściej z myśliwskiej broni palnej (polskie prawo nie dopuszcza innych środków zabijających takich jak kusza czy łuk itp.), ale mimo to nie zostały upolowane w ścisłym tego słowa znaczeniu - myśliwym nie udało się podjąć swojej zdobyczy. - Ta definicja dotyczy tylko klasycznych przykładów postrzałków. Poza tym istnieją różne pośrednie sytuacje, takie jak niemożność znalezienia zastrzelonej na miejscu zwierzyny albo celowe jej okaleczanie przez myśliwych-sadystów. Wszystkie te postępki będę po kolei omawiał.

Zwierzyna okaleczona czyli postrzałki żywe

Mamy z nimi do czynienia wtedy, gdy zwierzę jest postrzelone pociskiem, ale mimo odniesionych obrażeń daje radę uciec i zniknąć z pola widzenia myśliwego. W trakcie normalnego polowania taka sytuacja jest niepożądana, dlatego myśliwi starają się zabić zwierzę jak najszybciej. Bynajmniej nie robią tego w trosce o skrócenie cierpienia ofiary, lecz bardziej przez wzgląd na własną wygodę - po prostu chcą sobie zaoszczędzić żmudnych poszukiwań kiedy niedobitek ujdzie nieraz bardzo daleko od miejsca postrzału.

Wieczorna mgła znacznie utrudnia celowanie

Jeśli chodzi o postrzałki niezamierzone, to zwykle jest tak, że dochodzi do nich na polowaniach w trakcie których myśliwy popełnia błędy w sztuce łowieckiej. Rzadko kiedy błędy te są dziełem zdarzenia losowego. Najczęściej, niemal zawsze wynikają one z winy myśliwych: braku umiejętności, doświadczenia, inteligencji drapieżcy. Dla myśliwego z powołania szacunek wobec zwierzyny jest najważniejszy. Taki człowiek zna swoje ograniczenia, wie jakim sprzętem dysponuje, dlatego nigdy nie dopuści do ryzykownych zachowań mogących zaowocować postrzałkami. W czasach dzisiejszych niestety, ale do łowiectwa ma przystęp każdy, zwłaszcza ci, którzy zabijają w imię łajdackiej zabawy (prawdę mówiąc zawsze tak było, ale teraz odbywa się to w znacznie szerszej skali). Na polowanie jadą jak na wycieczkę - na pierwszym miejscu stoi zaspokojenie swojej żądzy mordu. Oni losem zwierzyny się nie przejmują, że ją coś boli czy przeżywa stres, co najwyżej pilnują, aby mieli do czego strzelać.

W dawnych czasach, kiedy do polowań używano łuków, kusz i strzelb czarnoprochwych, a więc broni mało precyzyjnej (o niskiej celność), istniało bardzo wiele przypadków okaleczania zwierząt. Jeśli do tego dodamy marne umiejętności strzeleckie myśliwego (wprawne posługiwanie się łukiem albo czarnoprochowcem wymaga nie lada kunsztu), to spróbujmy sobie tylko wyobrazić o skali tego zjawiska w przeszłości. O ile winę za istnienie postrzałków w wiekach minionych można zrzucić na słabą energię i niecelność ówczesnej broni, to począwszy od XX stulecia czynnik ludzki jakim jest myśliwy ponosi za nie główną odpowiedzialność. W zasadzie tak było już w drugiej poł. XIX wieku, kiedy wprowadzano karabiny na amunicję zespoloną - ma to związek z wysokim odsetkiem powtarzalności strzału (skupienie pocisków w celu), który zwykle nie przekraczał kilkunastu centymetrów na 100 metrów - czyli odległości pozwalającej na wygodne podejście do zwierzyny i spokojny strzał. Rozrzut współczesnych sztucerów na tym dystansie można liczyć najwyżej w kilkudziesięciu milimetrach - jest to zatem broń bardzo precyzyjna. Trudno więc sądzić, aby z jej przyczyny ( o ile lufa nie jest wygięta i nie ma wypalonego gwintu), pocisk drastycze zboczył od punktu celowania. Większość myśliwych dysponuje takimi właśnie karabinami, a mimo to postrzałki nadal występują.

Dlaczego tak się dzieje? Jak wcześniej pisałem, wina zawsze leży wyłącznie po stronie myśliwego, bezpośrednio lub pośrednio. U jednych główną przyczyną będą niedostateczne umiejętności strzeleckie, u innych brak wiedzy o broni etc. Co prawda każdy myśliwy, który chce polować na zwierzynę z małokalibrowej gwintowanej broni musi przejść odpowiednie przeszkolenie. Aby uzyskać jego pozytywny wynik konieczne jest m.in. zaliczenie strzelania z takiej jednostki na strzelnicy (oddanie celnych strzałów w pole oceniane, w określonym przedziale czasu). Nie jest to trudne zadanie ponieważ celuje się do nieruchomej tarczy na odległość nie przekraczającą 100 metrów i co chyba najważniejsze - wszystko ma miejsce za dnia, kiedy tarcza jest dobrze widoczna. Nie ma tu także stresu który wynikałby z obawy, że zwierzę ucieknie spod lufy. Tymczasem na realnym polowaniu często strzela się o zmroku (do zwierzyny "czarnej" (dzików), drapieżników i niektórych gat. ptaków także nocą) lub we mgle. Tak więc zdanie egzaminu nie gwarantuje, że myśliwy posiada dostateczne umiejętności, nie tyle strzeleckie, co doświadczenie we właściwej ocenie sytuacji.

Polowanie to nie zabawa na strzelnicy o czym niektórzy zapominają. Tutaj wystarczy jedno uchybienie i postrzałek gotowy. Niedoświadczeni myśliwi lub ofermy nie zwracają uwagi na szczegóły, z pozoru nieistotne rzeczy, które jednak mają wpływ na celność strzelania. Błędy te zwykle biorą początek od niewłaściwego obchodzenia się z bronią, która jak wiadomo jest mechanizmem precyzyjnym. Użytkowanie jej i konserwacja prowadzone w sposób niezgodny z pewnymi zasadami czyni ją narzędziem niezdatnym do polowania. Na szczególną uwagę zasługuje układ celowniczy. Wszystkich aspektów dotyczących jego traktowania nie będę wymieniał, ale najważniejsze jest aby nie dopuścić do przemieszczenia tubusa lunety względem lufy w raz przystrzelanej broni. Coś takiego może zaistnieć jeśli montaż optyki jest obluzowany albo broń zostanie narażona na upadek. Ponowne zestrojenie celownika "na oko" i polowanie bez praktycznego sprawdzenia jego poprawności może skutkować okaleczeniem zwierzyny. To samo będzie jeśli ktoś zapomni przestawić śrub kalibrujących siatkę przy zmianie dystansu na który oddaje się strzał (dotyczy to zwłaszcza tych, którzy lubią sobie postrzelać na odległość większą niż przepisowe 200 m). Kolejnym grzechem wobec broni jest czyszczenie lufy stalowymi wyciorami od strony jej wylotu. W ten sposób prędzej czy później nastąpi zniszczenie tzw. korony lufy. Sztucer z tak uszkodzonym "szczytem" gwintu będzie strzelał z dużym rozrzutem... Można by jeszcze napisać o niewłaściwej amunicji, zużytym gwincie lufy i innych rzeczach. Nie zmieni to jednak faktu, iż człowiek nigdy nie powinien się dopuścić tych błędów i zaniedbań. Jeśli mimo to tak się stanie, lub co gorsza, przechodzi na tym do porządku dziennego... no niestety, musi przestać polować.

Osobnym zagadnieniem jest polowanie z broni sprawnej technicznie, ale która została skonstruowana specjalnie do zabijania zwierząt będących w ruchu. Mam tu na myśli wszelkiego rodzaju strzelby śrutowe. W prawdzie zasięg ich skutecznego strzału nie przekracza 40 metrów, lecz rozrzut (zwiększa się wraz z odległością) materiału z ładunku śrutowego może wynosić do kilkudziesięciu centymetrów. Ta właśnie cecha umożliwia trafienie uciekającego zwierzęcia bez dokładnego wycelowania - ale tylko teoretycznie. Śmierć na miejscu następuje jedynie wtedy, gdy narządy w ciele zostaną uszkodzone co najmniej kilkoma śrutami. Jednak co będzie, jeśli zwierzę zostanie "zahaczone" tylko jednym lub dwoma i to w dodatku w mięśnie? Szczególnie dobrze to widać podczas polowań na ptactwo, kiedy myśliwy strzela do gromady lecących kaczek; jedna czy dwie spadną, zaś inne będące po sąsiedzku tylko "zakołyszą się", ale lecą dalej. Te właśnie, które zakołyszą się po strzale, oberwały śrutem ale przynajmniej przez pewien czas są zdolne do lotu. Niektóre z nich giną później daleko od miejsca postrzału, ale inne mogą się z tego wyleczyć.

Wiemy już jakie mogą być typowe uszkodzenia w wadliwym sprzęcie, który owocuje postrzałkami. Teraz opowiem o niefrasobliwości myśliwych z zakresu warunków wykonywania polowania. Wiadomo jest, że oni bardzo lubią oczekiwać na swoje ofiary siedząc na ambonie (budowla na cienkich nogach przypominająca wieżę). Jest to wygodna i skuteczna metoda polowania, ale pod warunkiem, że zwyżka stanowi sztywną konstrukcję. W praktyce jednak często bywają one tak wiotkie, iż chwieją się na wietrze lub przy każdym poruszeniu osoby wewnątrz. Oddanie celnego strzału siedząc na niestabilnej platformie jest utrudnione. Innym przykładem lekceważącej postawy myśliwych jest polowanie w warunkach niedostatecznej widoczności - najczęściej o zmroku albo w nocy. Jak wiemy zwierzyna łowna - jej większość, rozpoczyna swoją podwyższoną aktywność właśnie wieczorem, dlatego też myśliwi polują zwykle o tej porze. Skuteczne celowanie gdy się ściemnia nie stanowi problemu, ale tylko do pewnego momentu. W zależności od pory roku istnieje taka chwila w wieczornej szarówce, kiedy obserwowane obiekty (w danej odległości) tracą swoje ostre zarysy. Po pewnym czasie stają się ledwie widoczne by następnie "zniknąć" w ciemnościach. Nagminną praktyką myśliwych jest właśnie strzelanie do zwierząt, które są słabo widoczne. W takich warunkach trudno trafić w serce, by tym samym uśmiercić ofiarę na miejscu (co prawda część myśliwych używa lunet umożliwiających podświetlenie krzyża, ale ich skuteczność jest dyskusyjna). W rezultacie można spudłować albo co gorsze, uszkodzić pociskiem inny, mniej żywotny narząd. Jedynie zwierzę trafione w serce, kręgosłup albo głowę pada na miejscu. W innych przypadkach, w zależności od stopnia uszkodzenia danych organów zrywa się po strzale do ucieczki. Zwierzę z przestrzelonymi jelitami, wątrobą, nerkami nawet jeśli ucieknie, to prędzej czy później ginie, zwykle w przeciągu kilku, kilkudziesięciu godzin. W międzyczasie może ujść tak daleko, że tropiąc na "czarnej stopie" większość myśliwych nie jest w stanie dojść takiego postrzałka bez psów. Zupełnie inaczej może wyglądać los zwierzęcia postrzelonego w mięśnie lub mniej odpowiedzialne kości. Nieraz się zdarzy, że myśliwy celuje w serce, np. sarny, a trafi w przestrzeń między nim, a kręgosłupem. Także jeśli kula nie uszkodzi ważnego narządu, to zwierzęta maja szanse uciec i samodzielnie wyleczyć się z ran. Nieraz obserwowano jak ranne dziki szukają błota by w nim legnąć i odpoczywać całymi dniami do czasu, aż organizm przetrzyma kryzys i zwalczy gorączkę. Przy odrobinie szczęścia taka kąpiel pozwoli uniknąć zakażenia, które w przypadku gdyby zaistniało, to już nic by nie uratowało od śmierci.

Ten postrzałek już się nie wyleczy

Dotychczas była mowa o postrzałkach, które stanowią owoc niepożądany w sztuce myśliwskiej. Czasami jednak odbywają się polowania w których zwierzyna jest celowo okaleczana - tak aby od razu nie spowodować jej śmierci. Komuś kto z myślistwem nie miał bliższej styczności może być trudno w to uwierzyć, ale takie rzeczy mają miejsce. Upodobaniem w sadystycznej mordowni odznaczają się myśliwi-hodowcy psów, zwłaszcza tropiących, ale nie tylko. Oni w ten sposób - jak tłumaczą - rozwijają cechy użytkowe danej rasy. Dzikie zwierzę zostaje ranione w taki sposób, by było zdolne do ucieczki przez jakiś czas. W tym celu strzela się zazwyczaj w jelita, co jest niezwykle bolesne i paraliżuje możliwość szybkiej ucieczki, a dodatkowo zapewnia upływ krwi - ma ona ułatwić psom podjęcie tropu... Jednak samo tropienie to nie koniec horroru. Nie dość, że zwierzę cierpi od ran zadanych przez myśliwego i musi znosić stres wynikający z widma nieuchronnej śmierci, to na dodatek u kresu swojej ziemskiej drogi doświadczy prawdopodobnie największego bólu w swoim życiu. Myśliwy bowiem - kiedy psy znajdą już ofiarę - nie kwapi się do skrócenia cierpienia zwierzęcia przez dostrzelenie (bo kto zaprzątałby sobie głowę taką drobnostką jak cierpienie, w końcu myśliwego to nie boli), aby jego podopieczne miały zabawę z szarpania wciąż żywego ciała. W Polsce tego typu zabawy myśliwi najczęściej urządzają sobie z dzikami (ciągle mówimy o postrzałkach), z racji tego, że dziki są u nas quasi-największymi zwierzętami na które można polować i które traktuje się jak śmieci. Dzik jest także odporny na obrażenie i dzięki temu zdolny do walki z kilkoma psami - z czego myśliwi mają radości co niemiara. Etyka łowiecka potępia umyślne znęcanie się nad zwierzyną. W praktyce jednak panuje zasada "Rób co chcesz, ale tak, aby nie doszło to do wiadomości osób, którym twoje postępowanie może się nie spodobać". Zadawanie cierpienia to wśród myśliwych temat tabu. W jednych kołach istnieje przyzwolenie na sadyzm, w innych z kolei nikt otwarcie nie chwali się takimi popisami - co najwyżej w gronie zaufanych osób. To oczywiście nie zmienia faktu, że i tak wszyscy wiedzą kto jakie ma upodobania sadystyczne. Ukaranie tych ludzi z ramienia jakiegokolwiek prawa, w większości przypadków nie jest możliwe. Na sądy łowieckie nie ma co liczyć, bo one takimi "bzdurami" się nie zajmują, aczkolwiek w oficjalnym prawie łowieckim istnieje przepis nakazujący szybkie uśmiercenie ofiary bez znęcania się. Także za łamanie samej etyki nikt nikogo ukarać nie może, gdyż są to jedynie zapisy zwyczajowe. Etyka łowiecka jest jedynie luźnymi wskazówkami (traktowanymi wybiórczo) które w zasadzie istnieją tylko na papierze i które służą za element promyśliwskiej propagandy jaką podsuwa się "maluczkim" aby łowiectwo było dla nich do przełknięcia.

Jeśli ktoś zaprzecza faktowi, że myśliwi nie przejmują się męką zwierzyny na którą polują, to powinien wiedzieć o jednej rzeczy. Gdyby rzeczywiście im zależało na minimalizowaniu cierpienia, wówczas odrzuciliby niepotrzebne praktyki łowieckie jakimi są np. polowania zbiorowe, kiedy zazwyczaj strzelają do poruszających się zwierząt. Wtedy nie są w stanie wycelować dokładnie i uśmiercić ofiarę jednym strzałem. W rzeczywistości często bywa, że pociski trafiają w kończyny albo pysk zwierzęcia, co skutkuje ciężkimi obrażeniami. Zwykle mija sporo czasu zanim myśliwi znajdą i dobiją takiego postrzałka.

Skoro już jesteśmy przy zagadnieniach etyczno-prawnych, to zobaczmy, jak dziwacznymi tworami są etyka i zbiór zatwierdzonych przez Ministerstwo Środowiska, szczegółowych zasad wykonywania polowania, w których to przepisy wzajemnie się wykluczają. Na przykład z jednej strony wymaga się, aby polować w sposób oszczędzający cierpienie zwierzyny. W kontekście postrzałków oznacza to, że powinno się strzelać w taki sposób, by maksymalnie ograniczyć możliwość nieprecyzyjnego trafienia które mogłoby zwierzynę okaleczyć. - Jest to bez wątpienia szlachetna idea, ale jak za chwilę się przekonamy, twórcy przepisów odnośnie wykonywania polowań nie przykładają do niej zbyt wielkiej wagi, ponieważ jednocześnie dopuszczone są ryzykowne zachowania, które mogą skutkować postrzałkami.

"§ 7. 1. Polowanie w nocy może odbywać się na:
1. dziki, piżmaki i drapieżniki - przez myśliwego wyposażonego w myśliwską broń palną z zamontowanym celowniczym urządzeniem optycznym, o którym mowa w § 4 ust. 1, oraz lornetkę i latarkę;
2. gęsi i kaczki - na zlotach i przelotach."

Natomiast do pozostałych gatunków łownych nie objętych tym wykazem można strzelać najpóźniej do godziny po zachodzie słońca. Mamy tu do czynienia z niezrozumiałym szufladkowaniem zwierząt. Z jednej strony widzimy zakaz strzelania do sarn i jeleni w warunkach złej widoczności - co w rzeczy samej jest uzasadnione. Tutaj od razu nasuwa się pytanie "Dlaczego tą zasadą objęto jedynie pewną grupę zwierząt, zaś wobec pozostałych dopuszcza się polowanie o każdej porze?" Czyżby drapieżniki i dziki świeciły w ciemności i przez to były lepiej widoczne od zwierzyny płowej? Wątpliwe jest aby podział ten zarządzono z powodu niemożności spotkania zwierzyny czarnej (gw. łow.) za dnia lub wieczorem, kiedy jest jeszcze widno. Ludzie którzy polują dobrze wiedzą, że zwierzęta te są aktywne również w tym czasie. Próżno jest szukać uzasadnienia tej klasyfikacji w oficjalnych źródłach PZŁ. My - jako że nikomu nie podlegamy, możemy ujawnić prawdę. Otóż wszystko rozbija się o pieniądze, czyli wartości użytkowe zwierząt. Mówiąc bardziej precyzyjnie, chodzi o to, że pewne gatunki są dla myśliwych bardziej cenne niż inne. Jeleń, sarna, zając z powodu ich wybornego mięsa są zwierzętami poszukiwanymi. Na ewentualną ich utratę w trakcie nocnego polowanie nie można sobie pozwolić, dlatego prewencyjnie zakazano strzelania do nich o tej porze. Tym bardziej, że liczba tych zwierząt jest mocno ograniczona, zaś chętnych do wykonywania odstrzałów i smakoszów mięsa - bardzo wielu. A zwierzyna czarna - dziki i drapieżniki? One nie odgrywają większej roli w myśliwskim biznesie, tzn. nie ma na nie popytu, a po drugie są powszechne (dzięki odporności na niekorzystne zmiany w środowisku), dlatego ich się nie szanuje. Niekiedy są nawet zabijane tylko po to, aby je porzucić lub zakopać do ziemi - ale to opowieść na kiedy indziej. Myśliwi zatem wychodzą z założenia, że nawet kiedy takie zwierzę zostanie zranione podczas nocnego polowania i ucieknie, to nie ma się czym martwić bo strata jest niewielka.

Teraz ciąg dalszy myśliwskich "mądrości", z których ułożono ich kodeks etyczno-prawny. Jak wiemy, według zdrowego rozsądku, przepisy dotyczące wykonywania polowań powinny zostać tak skonstruowane, aby wyeliminować te warunki odstrzałów, które jednoznacznie dają ryzyko zranienia zwierzyny. Tymczasem okazuje się, że jest zupełnie na odwrót. W prawie łowieckim istnieją nawet zapisy zmuszające myśliwych do strzelania mogącego zaowocować postrzałkiem. A najśmieszniejsze w tym wszystkim jest stwierdzenie, iż tylko ten sposób polowania jest uznawany jako "honorowy". Oto przykład:

§ 6.1. Podczas polowania nie strzela się do:
//
5. ptactwa niebędącego w locie, z wyjątkiem jarząbków, gęsi i łysek;
6. zajęcy pozostających w bezruchu;
//

Myśliwi stworzyli tutaj pozory wyrównywania szans. Wydaje im się, że grzanie z broni palnej do uciekającej ofiary jest zachowaniem bardziej "rycerskim", bo daje możliwość ucieczki - coś w rodzaju pojedynku między człowiekiem a zwierzęciem. Pomijając fakt, że "szlachetność" ta nie dotyczy już innych gatunków wobec których strzał jest dopuszczony kiedy one stoją, to odpowiedzmy sobie na pytanie: czym polowanie jest? Czy to jest działalność konieczna w ochronie przyrody - jak myśliwi zwykli powtarzać w swojej propagandzie, czy może próżna zabawa w loterię, gdzie stawką jest życie? Człowiek rozsądny, kiedy ma na myśli polowanie, to widzi je jako sytuację, kiedy idzie się z zamiarem uśmiercenia obiektu polowania bez zbędnych ceregieli; kto zaś nie chce zabijać, ten po prostu nie oddaje strzału albo zostawia broń w domu.

Postrzałki martwe - słowo o porzuconej zwierzynie

Podstawową wiedzę o postrzałkach klasycznych, czyli takich, które uciekają po zranieniu, mamy już za sobą. Teraz poruszę zagadnienie z pozoru podobne lecz nie do końca takie samo. Na koniec dowiesz się jak myśliwi potrafią zwierzę zupełnie prawidłowo zastrzelić, ale go nie znaleźć. Myślisz pewnie, że jest to niemożliwe, bo jak można "zgubić" ofiarę która padła w ogniu (na miejscu), albo kilka metrów dalej? Wydaje się, że odszukanie tak strzelonego zwierzęcia nie powinno sprawiać kłopotów. Średnio rozgarnięty myśliwy, który swoje działanie opiera na zdrowym rozsądku (zwłaszcza na umiejętności przewidywania konsekwencji swoich poczynań) zawsze znajdzie to, co zabił. Natomiast różnie z tym bywa u "łowców" cierpiących na niedostatek rozumu, czyli najpierw strzelają, zaś wnioski wyciągają dopiero po fakcie. Oczywiście nikt nie przyzna się do ułomności - jeśli jakieś posiada, bo w ten sposób skompromitowałby sam siebie "Dlaczego poluje skoro nie ma ku temu predyspozycji?". Jeśli by spytać jakiegokolwiek myśliwego odnośnie poziomu jego umiejętności łowieckich, to każdy co najmniej odpowie, że "Są wystarczające", a wielu będzie się chwalić uprawnieniami selekcjonerskimi albo że specjalizują się w polowaniach na konkretny gatunek. Trudno powiedzieć w jakim stopniu te słowne deklaracje są zgodne z rzeczywistością. Na pewno większość z nich potrafi bez trudu znaleźć ofiarę zabitą od razu. W przeciwnym razie miejsca gdzie się poluje byłyby usiane martwymi zwierzętami. Prawdę powiedziawszy, nawet ci, którzy od czasu do czasu potrafią "zgubić" upolowaną zdobycz, także w większości przypadków podejmują to co zabili, z tym, że ta druga grupa myśliwych zalicza wpadki raczej w trudnych warunkach, o których teraz będzie mowa. Gdyby tak nie było, gdyby myśliwy oferma nagminnie porzucał strzeloną zwierzynę, wówczas prawdopodobnie prędzej czy później zostałby wydalony z koła. Brak umiejętności odszukiwania ofiar szybko wychodzi na jaw w trakcie polowań zbiorowych, indywidualnych też (częste zgłaszanie "niecelnych" strzałów). Jeśli po czymś takim raz za razem ujawnia się postrzałki z winy danej osoby, to pewne jest, że więcej polować już nie może. Nawet myśliwi nie tolerują w swoim gronie tych, co marnują zwierzynę.

Zobaczmy więc jak to jest w ogóle możliwe, że można nie znaleźć zabitego przez siebie zwierzęcia (nie należy tego mylić z postrzałkami, które po strzale uciekły z pola widzenia). Aż trudno uwierzyć w takie "cuda". One się zdarzają, ale na szczęście, a może i nie szczęście, niezbyt często. Główną przyczyną gubienia upolowanych zwierząt jest to, o czym już pisałem, czyli brak umiejętności myślenia abstrakcyjnego, a szczególnie tego rodzaju, który pozwala przewidzieć skutek strzału z zależności od warunków otoczenia w jakich się go oddaje. Jest to bardzo ważna cecha którą każdy myśliwy musi posiadać, zaś kandydaci na myśliwych powinni być z niej egzaminowani (czego niestety się nie wymaga). Jeśli ktoś tego daru nie posiada lub podchodzi do niego w sposób lekceważący, to będzie naruszał warunki polowania, albo gdy trzyma się w ramach niedoskonałych przepisów, odda strzał w okolicznościach kiedy mogą zaistnieć problemy z podjęciem strzelonej ofiary - wszak paragrafy nie zastąpią zdrowego myślenia.

Istnieje kilka sytuacji podwyższonego ryzyka, zaś ich inicjatorami (w sensie podejmowania się strzału kiedy one nastąpią), są sami myśliwi i to oni ponoszą odpowiedzialność za ewentualne postrzałki.

Typowy przykład takiego polowania ma miejsce najczęściej po zachodzie słońca, kiedy zapada tzw. "szarówka", w terenie zarośniętym trawami i badylami o różnej wysokości. Na dodatek jeśli jest to obszar podmokły, wówczas nader często, zwłaszcza w okresie jesiennym występują tam nisko ścielące się mgły, które rzadko kiedy pozostają w bezruchu. Zwykle można zaobserwować jak płyną falami tworząc luki z "czystym" powietrzem, by po chwili na powrót zasłonić te miejsca. Kto w takich warunkach decyduje się strzelać, szczególnie na dużą odległość, ten może mieć kłopot z odszukaniem swojej ofiary, a nawet nie wiedzieć do końca czy strzał był skuteczny. Jeśli np. zwierzę zostało tylko zranione i uszło dalej, to wtedy też bardzo trudno ustalić czy do tego doszło. W szarawym otoczeniu spowitym mgłą nie da się precyzyjnie ustalić w którym miejscu zwierzę stało, a tym samym nie można odszukać tzw. przestrzelin (fragmenty tkanek wyrwane z ciała przez kulę), świadczących o tym , że zostało trafione, ale uciekło. Jeśli zwierzę zostało skutecznie trafione i leży tam gdzie stało, to także bywa, ze myśliwi w podeszłym wieku albo słabo widzący o zmroku, nie potrafią go znaleźć. Tacy myśliwi polują zwykle z ambon na które przychodzą jeszcze za dnia. Kiedy zwierzyna wieczorem wyjdzie pod lufę i jest dostatecznie widno, wówczas nawet człowiek z wadą wzroku, jeśli dysponuje sztucerem z celownikiem optycznym jest w stanie trafić w obrany cel. Kłopoty jednak zaczynają się z chwilą gdy trzeba znaleźć zwierzę upolowane na granicy widzialności w trudnym terenie (wysoka trawa, mgła etc.). Na dodatek jeśli ofiara została trafiona w wątrobę, nerki czy jelita, powinno się odczekać 1-2 godziny zanim można podejść w to miejsce. Wtedy zwykle jest tak ciemno, że nie widać już nic. Myśliwi-ofermy albo w podeszłym wieku muszą nieraz stawać na głowie aby podjąć to, co upolowali. Niektórzy nawet, będąc wyposażonym w latarkę, mimo wysiłków odchodzą z pustymi rękami w przekonaniu iż tylko im się coś zdawało. Jeśli myśliwy zalicza się do ludzi leniwych i łatwo ulega zniechęceniu (które wynika z przekonania że "To trafienie tylko mi się przewidziało"), wówczas poszukiwania odkłada do dnia następnego. Ta możliwość jest realizowana tylko wtedy gdy ktoś mieszka niezbyt daleko od łowiska i nie musi nazajutrz z rana udać się do swoich obowiązków, albo nie wstydzi się zwrócić po pomoc do kolegów. Bo to wstyd i oznaka nieporadności kiedy nie można znaleźć upolowanego zwierzęcia prawie pod samą amboną.

Z najbardziej nieprawdopodobnym, wręcz kuriozalnym przypadkiem porzucenia strzelonej zwierzyny dane mi było zetknąć się kilka lat temu. Mniej więcej w połowie października, w niedzielę, szedłem na przełaj przez dużą śródleśną polanę w obrębie której często się poluje. - Zwykle tak robię, że jak w sobotę wieczorem usłyszę strzały, to nazajutrz oglądam miejsce gdzie przypuszczalnie je oddano... Kiedy byłem już w połowie jej długości, zobaczyłem z daleka coś jakby wybrzuszenie ziemi powstałe przez usypanie siana. Okazało się, że to była sarna koza. Po dokładnych oględzinach stwierdziłem otwór przelotowy na wysokości serca. Pod skórą od strony wylotowej znalazłem poskręcane blaszki i fragmenty ołowiu, co wskazywało na ekspandujący pocisk sztucerowy. Na trawie, kilka centymetrów za zwłokami widoczna była smuga krwi - przestrzelina. Niewątpliwie sarna ta zginęła na miejscu, bo nic nie przeżyje ani tym bardziej nie jest w stanie uciekać z sercem poszarpanym przez kulę dum-dum. Strzał został oddany zapewne z jednej z ambon które stały pod ścianą lasu, jedna 200, druga ok. 150 m od miejsca znalezienia sarny. W tym wszystkim najdziwniejsze jest to, że mimo wzorowego trafienia (czego nie mógł dokonać człowiek ułomny), nie podjęto ciała tego zwierzęcia. Polana była w owym czasie dokładnie wykoszona. Widok ze zwyżki na tak przygotowany teren jest znakomity, dlatego nie sposób przeoczyć cokolwiek, co by na niej leżało, zwłaszcza zwierzę, które przed chwilą zostało upolowane. Kiedyś rozważałem hipotezę wg której to kłusownik dokonał odstrzału, zaś ofiary nie zabrał bo coś go spłoszyło. To mogli być tylko myśliwi, ale w przypadku gdyby faktycznie tam się pojawili, wówczas sprawdziliby teren i na pewno znaleźliby sarnę. Wersję z kłusownikiem szybko odrzuciłem także z tego powodu, iż polowanie to odbywało się w sobotę wieczorem. Jak wiadomo, wtedy jest bardziej niż pewne, że myśliwi są obecni w łowisku, zaś potencjalny kłusownik raczej nie ryzykowałby spotkania z nimi.

Inną sytuacją kiedy myśliwi mają niemałe kłopoty z odszukaniem strzelonych zwierząt, są polowania na ptaki wodne. Odbywają się one nad jeziorami, stawami, rzekami itp., a więc obszarami wybitnie dla człowieka trudno dostępnymi - po prostu nie można łatwo zajrzeć w każdy ich zakamarek. Myśliwi poruszają się zazwyczaj po twardym gruncie np. groblach. Od lustra wody niemal zawsze oddziela ich szeroki na kilka, kilkadziesiąt metrów pas gęstych szuwarów i wysokich trzcin. Często same zbiorniki są tak zarośnięte oczeretami, że z brzegu nie widać całego ich obszaru. Polując w takich warunkach trzeba liczyć się z trudnościami przy poszukiwaniu strzelonych sztuk, a w wielu przypadkach nawet ich porzuceniem. Dysponowanie psem do aportowania (co jest nawet wymagane), nie gwarantuje podjęcia wszystkiego. Myśliwi lubią się chwalić, ze ich psy znajdą każdą kaczkę, ale w praktyce jest zupełnie inaczej. Co prawda psy nieźle sobie radzą z aportowaniem, ale tylko to, co widzą, czyli wtedy, gdy cel leży na otwartej wodzie/powierzchni gruntu. Natomiast nie podołają poszukiwaniom obiektów których nie widzą. Tu nie ma żadnych cudów. Jeśli myśliwy nie wskaże psu gdzie ma szukać, to na nic wszelkie wysiłki. Czy myśliwy może nie wiedzieć że trafił ptaka? Owszem, tak może być np. w przypadku gdy strzela pod bardzo ostrym kątem "po trzcinach", czyli wierzchołkach wysokiej roślinności, która przysłania zbiornik. Wtedy widać ze coś leci, ale czy spadło po strzale - to już trudno stwierdzić (o ile za trzcinami nie ma czystej, nie zarośniętej wody).

Kiedy z ukrycia podpatruję takie polowania, to po ich zakończeniu staram się jak najdokładniej spenetrować teren. Precyzyjne zlokalizowanie miejsca trafienia ptaków nie jest trudne, o ile ktoś potrafi odczytać znaki które o tym świadczą (nie napiszę jakie). Jeśli pogoda jest sprzyjająca, to trzeba się rozebrać i wejść w wodę. Dzięki temu można obejrzeć te zakamarki zbiornika wodnego, których nie widać z brzegu. Kto umie dobrze szukać, ten ma duże szanse aby porzucone ptaki zebrać. Z moich dotychczasowych obserwacji wynika, że myśliwi którzy bezgranicznie polegają na psach jako narzędziach do poszukiwań ofiar bardzo często pomijają strzelone ptaki. O wiele lepsze wyniki osiąga się, kiedy osobom polującym towarzyszą wyznaczeni zbieracze wyposażeni w pontony czy gumowe spodnie do brodzenia w wodzie. Jeśli ludzie ci rzeczywiście znają się na swoim "fachu", to w zasadzie nie jest możliwe aby przeoczyć ubite ptaki (nie mylić z tymi, które zostały tylko zranione i odleciały). Ale żeby samemu wchodzić w bagno i maczać się w wodzie w pogoni za zwierzyną, to trzeba być zapaleńcem, trzeba choć w minimalnym stopniu wykazać szacunek do tego, na co się poluje. Niestety w dzisiejszych czasach szlachetna postawa wśród myśliwych jest rzadko spotykana, bo ona wymaga wysiłku. Dzisiaj myśliwy jest wygodny i nastawiony na próżne rozrywki. Kiedy rusza do boju z kaczuszkami, musi obowiązkowo założyć gumowce aby nie zamoczyć sobie stóp od porannej rosy. Nie do pomyślenia jest ażeby niedzielny łowca wszedł do wody po kaczkę, bo nie wiadomo co tam może siedzieć, być może nawet sam Wodnik Szuwarek, który ma w zwyczaju topić nieostrożnych pływaków...

26 maja 2014r. © Beria

Copyright © 2012-present. Pierwotny Instynkt