Zwalczanie kłusownictwa wnykarskiego - poradnik
Wstęp

Nielegalne polowania na zwierzęta leśne przybierają różne formy. Mogą one być praktykowane z użyciem rozmaitej broni: strzelb, kusz, łuków. O wiele częściej stosuje się pułapki w postaci pętli z linek stalowych (wnyki), znacznie rzadziej potrzaski sprężynowe, klatki żywołowne albo głębokie doły. Do jednostkowych przypadków można zaliczyć trucie zwierzyny, zwłaszcza drapieżników. O ile powyższe metody są wykorzystywane w całym kraju, to istnieje pewien rodzaj kłusownictwa wyjątkowo popularny w rejonach z takimi tradycjami. Mam tu na myśli szczucie zwierzyny z pomocą chartów, a wyrażając się dokładniej - ich mieszańców. Podobno na Kielecczyźnie i w Sandomierskim istnieje szczególna koncentracja osób kłusujących w ten sposób.

Śmierć we wnykach jest ciężka. Zwierzę, które w nie wpadnie będzie mieć szczęście jeśli pętla zaciśnie się na szyi powodując uduszenie. Linka zadzieżgnięta na brzuchu oznacza kilkudniową męczarnię. Dzik złapany za nogę będzie tak długo walczył, aż ją urwie. Drapieżniki potrafią sobie odgryźć unieruchomione kończyny.

no image

Czaszka jelenia który zerwał wnyk i chodził z nim co najmniej przez rok. Dalszy komentarz jest zbędny. (Skan z ŁP nr 7/94, str.26)

W poprzednich tekstach o kłusownictwie udzielałem wskazówek, co prawda dość ogólnych, dla tych teriantropów, którzy mieliby chęć zbierać wnyki. Teraz opowiem też jak "blokować" nielegalnych myśliwych żeby raz na zawsze odechciało im się kłusownictwa. Z resztą będzie o jednym i o drugim. Jeśli zdecydujesz się na taką działalność, to musisz wiedzieć, że w tej walce będziesz osamotniony. Na aparat państwowy nie ma co liczyć. Nawet gdybyś samodzielnie ujął kłusownika na gorącym uczynku i przekazał go mundurowym, to istnieje prawdopodobieństwo, że on się wycwani i powie, iż to Ty kłusowałeś i jeszcze go napadłeś. Tak może być, o ile nie nagrałeś całego zajścia. W najlepszym wypadku czeka Cię długotrwała batalia sądowa, zaś w najgorszym - co najmniej kilka lat odsiadki za rozbój i kłusownictwo. Drugą sprawą jest fakt, że tak naprawdę szkoda zdrowia i ryzykować życie łapiąc kłusowników z myślą stawiania ich przed sądami. Kary dla nich są niskie. Rzadko który trafia za kraty, a nawet jeśli, to po wyjściu wróci do starych przyzwyczajeń. W związku z tym, najlepszym rozwiązaniem jest odzwyczajanie takich ludzi w polowych warunkach. Oni wtedy bardzo szybko nabierają ogłady. Ani im w głowie powrót do kłusownictwa, ani nawet chęć skarżenia się komukolwiek.

Walka z kłusownikami jest trudna, na pewno czasochłonna, a przede wszystkim niebezpieczna. Szczególnie groźni są ci, którzy używają broni palnej. To samo dotyczy osób ze sforą psów w lesie. Na razie, a przynajmniej publicznie, nie będę wykładał metod ich zwalczania ponieważ do tego trzeba dysponować sprzętem, który jest nielegalny i za samo jego posiadanie grożą surowe kary.
Teoretycznie najmniejsze zagrożenie pochodzi od wnykarzy, z racji tego, że oni rzadko kiedy dysponują szczególnie śmiercionośnymi narzędziami mogącymi porazić na odległość. W związku z tym sugeruję, aby to na nich zacząć naukę likwidacji kłusownictwa. Z czasem, kiedy nabędzie się doświadczenia, można próbować przystąpić do poważniejszych działań.
Wielu laików uważa, że zwalczanie osób zastawiających sidła to pestka. Panuje wśród nich stereotypowy obraz kłusownika-pijaka w gumofilcach i wystającymi z kieszeni drutami, którego można powalić jednym palcem. Kłusownictwem jednak parają się ludzie w różnym wieku i o różnych cechach psychicznych i fizycznych. Nie chce mi się zbytnio rozpisywać na ten temat... Pamiętaj tylko, że Ty widząc takie osoby musisz umieć prawidłowo rozpoznać ich potencjał do walki. Jest to bardzo ważna sprawa, od której w dużej mierze zależy twoje bezpieczeństwo. Mimo to, bez względu na wnioski jakie wyciągniesz, za każdym razem kiedy idziesz na akcję przeciwko nim, musisz traktować nieprzyjaciela tak, jakby miał co najmniej pistolet ukryty pod ubraniem. Czasami bywa też, że oni nie działają w pojedynkę, a minimum we dwóch, albo w towarzystwie psa. Jeśli ich będzie kilku, a Ty sam i na dodatek zauważą Twoją obecność, to może być bardzo gorąco. Co się wtedy stanie, uzależnione jest przede wszystkim od właściwej oceny sytuacji. Albo się wycofujesz, albo podejmujesz walkę. W tym drugim przypadku rezultat starcia stanowić będzie wypadkową Twojego morale, porównania sił własnych i przeciwnika, odporności na stres, przygotowania fizycznego, uzbrojenia - czyli Twojej wartości bojowej.

Kto decyduje się na samodzielną walkę z kłusownikami, ten przede wszystkim musi być na 100% przekonany do tego, co robi. Nie ma mowy o działaniu w pół gwizdka czy jakąś beztroskę. W ogóle zastanów się nad motywami, które skłaniają Cię do tego typu aktywności. Rasowy zwierzołak czuje, że jest gotów umrzeć razem ze zwierzętami, dlatego (po odpowiednim przygotowaniu) da sobie radę. Co innego zwykły człowiek, który chce sobie coś udowodnić albo popisać się przed drugimi. Taka osoba lepiej zrobi, kiedy poszuka zatrudnienia w PSL\PSŁ. Dadzą mu tam pistolet, ochronę prawną i może zgrywać twardziela. W innym przypadku powinien ograniczyć się tylko do zbierania wnyków. Istnieje wtedy mniejsze ryzyko, że straci życie, zdrowie lub wolność. Załóżmy jednak, że należysz do tej pierwszej kategorii, czyli jesteś terianinem. Ty także musisz mieć na uwadze fakt, iż sama chęć do walki to za mało. Profesjonalny żołnierz czy nawet dobry partyzant najpierw zapoznaje się z teorią prowadzenia wojny, później ćwiczy na poligonie, a dopiero na końcu rusza do boju.

Lokalizowanie kłusowniczych placówek

Teoretycznie wnykarzy można spotkać wszędzie, gdzie występuje interesująca ich zwierzyna oraz istnieją dogodne warunki do ustawiania pułapek. W praktyce jednak bywa różnie. Często bowiem zwłaszcza przy typowaniu miejsc wyłącznie w oparciu o mapy znajdujemy w prawdzie rejony spełniające kłusownicze wymagania - co do teorii. Kiedy jednak udajemy się tam osobiście, to stwierdzamy, że wnyków brak. Niejednokrotnie też, zwykle podczas wyprawy w innym celu w jakimś nowym miejscu natrafiamy na pułapki - i to tam, gdzie nikt by nie podejrzewał (np. ze względu na duże ryzyko zdemaskowania), iż ktoś mógłby je ustawiać. Ogólnie rzecz biorąc kłusownicy są nieprzewidywalni, dlatego kto chciałby ich dokładnie wyłuskiwać, ten musi bardzo dobrze znać teren na którym operuje.

Aby nie tracić czasu i sił na przeczesywanie wszystkich potencjalnie "zarażonych" miejsc, proponuję by najpierw zająć się tymi rejonami, które stoją najwyżej w hierarchii zagrożenia kłusownictwem. Do ich identyfikacji konieczne jest doświadczenie oraz umiejętność wczucia się w umysł wnykarza. Na szczęście nauka sprowadza się głównie do zrozumienia pewnych zależności i mechanizmów, dlatego opanowanie tego materiału nie powinno sprawiać kłopotu. Zaczynamy!

Pierwszym krokiem jaki trzeba uczynić, to próba identyfikacji kłusowniczych miejsc na mapach. Wchodzimy na Google maps albo Geoportal i otwieramy zdjęcia satelitarne przedstawiające rejon w którym zamierzasz działać. Najczęściej będą to okolice Twojego miejsca zamieszkania. Ustalasz sobie promień obszaru jaki aktualnie bierzesz pod obserwację. To może być 20, 50, 100, a nawet więcej kilometrów w linii prostej - uzależniasz to od czasu jakim dysponujesz, środków lokomocji oraz przede wszystkim od istnienia zagrożonych miejsc. Wiadomo bowiem, że zagęszczenie kłusownictwa wnykarskiego jest nierównomierne. W niektórych częściach kraju można się natknąć na jego przejawy wchodząc w byle jakie zakrzaczenia i nie jest ono zbytnio zakamuflowane. Są też jednak takie rejony, gdzie kłusownictwem para się mało kto, a jeśli już, to takie osoby działają bardzo ostrożnie. Wszystko zależy od lokalnych uwarunkowań, o których opowiem za chwilę.

W trakcie przeglądania zdjęć satelitarnych należy skupić się przede wszystkim na wyszukiwaniu miejscowości, które leżą w obrębie terenów obfitujących w zwierzynę. Jeśli na ten przykład widzimy wieś otoczoną zewsząd szczerymi polami, to wiadomo, że taki rejon nas nie obchodzi. Po pierwsze nie ma na nim warunków do ustanawiania wnyków, a po drugie, zwierzęta jakie tam występują, to zwykle te, należące do rodzaju "drobnych", które dziś są nieliczne, przez co mało atrakcyjne dla kłusowników. Teraz dominuje sarna i dzik zatem to one stanowią główny przedmiot ich zainteresowania. Sarny spotyka się głównie w lasach, ale do ich ulubionych terenów zalicza się także pola i łąki poprzecinane remizami. Dziki występują w zasadzie tylko w większych kompleksach leśnych. Nocami wychodzą na pola, dzień zaś spędzają w swoich ostojach. Tak więc na pierwszy rzut trzeba szukać miejscowości graniczących z takimi okolicami.

Typową kłusowniczo-wnykarską miejscówką jest obszar o strukturze jak na zdjęciu poniżej. Widzimy na nim miejscowość, która w bezpośrednim sąsiedztwie ma pola uprawne i łąki (lokalnie podmokłe) rozgrodzone od siebie pasami zadrzewień. Spoglądając na to wszystko z góry można przypuszczać z dużym prawdopodobieństwem, że ktoś instaluje tam wnyki. Jeśli w Twojej okolicy znajdziesz teren podobny do tego, wówczas sprawdzasz go w pierwszej kolejności. Trzeba się udać w tamto miejsce przynajmniej raz. Nie ma znaczenia w jakiej porze roku. Pierwszą rzeczą, na jaką musisz zwrócić uwagę, to obecność ambon myśliwskich, a także stan w jakim się znajdują. Jeśli stwierdzisz liczne zwyżki, które są zadbane i często odwiedzane przez myśliwych, wówczas jest prawie niemożliwe, aby w pobliżu działali wnykarze. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie i możesz przejść się po okolicznych krzakach, jednak zgodnie z tym co napisałem wcześniej, trudno będzie na coś trafić.

no image

Tak z lotu ptaka wygląda przykładowy obszar szczególnie zagrożony wnykarstwem

Sytuacja wygląda zgoła inaczej kiedy ambon nie ma. To może świadczyć, że myśliwi odwiedzają ten teren bardzo rzadko lub nawet wcale... Oczywiście brak urządzeń łowieckich nie oznacza bezwzględnie, że taka placówka jest zapomniana, a daje jedynie przesłanki, iż tak może być. Wtedy takie miejsce trzeba już spenetrować nader dokładnie. Jednak zanim do tego przystąpisz warto zwrócić uwagę na kilka szczegółów. Po pierwsze, dobrze jest zorientować się jaka zwierzyna tam przychodzi (o ile w ogóle występuje) oraz jej przybliżona liczebność. W tym celu szukasz pola na którym widać goły piach i szukasz odcisków nóg zwierząt. Czasem wystarczy tylko iść polną drogą by je odnaleźć. Zimą, kiedy zalega pokrywa śnieżna nie ma z tym problemu. Latem może być trochę ciężko. Równocześnie z wypatrywaniem tropów zwracaj też uwagę na odchody i obecność ścieżek wydeptanych przez zwierzęta. Na nich to bowiem kłusownicy najczęściej instalują swoje pułapki. Po uzyskaniu tej wiedzy będziesz przygotowany na to, czego się spodziewać jako potencjalnych ofiar, a także - co za tym idzie, na jakiej mniej więcej wysokości drzewa mogą być przytwierdzone wnyki.

no image

Prywatny, wilgotny zagajnik. W takie miejsca nie chodzą zbieracze owoców runa leśnego, drwale ani służby leśne. Jest za to zwierzyna i kłusownicy

Następnym krokiem do zrobienia będzie ocena zadrzewień/zakrzaczeń oraz stopnia penetracji terenu przez ludzi. Jeśli masz przed sobą obszar umiarkowanie podmokły, porośnięty stosunkowo gęstymi zadrzewieniami, to stanowi on pierwszą linię frontu. Pod pojęciem "umiarkowanie podmokły" należy rozumieć taki rejon, po którym można poruszać się w standardowych gumowcach. W przypadku gdy na większej jego połaci woda sięga wyżej niż do 1/3 łydki, to nie ma co się tam zapuszczać.

no image

Pasy zadrzewień o podobnym stopniu gęstości należy koniecznie penetrować

Ważną umiejętnością jest rozpoznawanie dogodnych miejsc kłusowniczych na podstawie zagęszczenia i składu gatunkowego roślinności. Kiedy na ten przykład widzimy zagajnik z młodych sosen, w którym drzewka rosną ciasno, ramię w ramię, że nawet sarna się przez niego nie przedrze, to nie ma sensu wchodzić na czworaka w jego środek. Można co najwyżej obejść go dookoła spoglądając na pnie drzew stojących na zewnątrz, czy przy samej ziemi nie ma małych wnyków na zające. Zupełnie inaczej trzeba postępować gdy trafi się zagajnik, co do którego wiadomo, że do jego wnętrza mogą wejść zwierzęta wielkości co najmniej sarny. Jeśli dasz radę poruszać się w nim w miarę swobodnie, to przeszukaj go od środka rozglądając się uważnie na wszystkie strony. Gdyby jednak gałęzie bardzo przeszkadzały wówczas zaniechaj ładowania się w gęstwinę. Wtedy wystarczy, że będziesz szedł po jego zewnętrznej stronie i wypatrywał wydeptanych przez zwierzynę ścieżek lub dogodnych przesmyków prowadzących w centrum zagajnika. Po zlokalizowaniu takiego tunelu patrzysz wzdłuż na "przestrzał" starając się dostrzec linki przywiązane do drzewek. Nie jest to łatwe zadanie, zwłaszcza wtedy, gdy wewnątrz panuje półmrok. Czasem konieczne może być wejście do takiego korytarza i przyjrzenie się mu z bliska.

no image

Jeśli gałązki nie są połamane, to szkoda czasu na wchodzenie do środka takich młodników. Co najwyżej sprawdzamy z zewnątrz przetarte w nich korytarze (o ile występują)

no image

Ekstremalne, krzaczaste gęstwiny również nie są miejscem ustawiania wnyków

no image

Rozległe bagna z wodą minimum po kolana - można iść raz do roku, w zimie z silnymi mrozami kiedy woda zamarza (na niektórych mokradłach) ułatwiając poruszanie się w takich miejscach. Jeśli wnyki tam występują, to raczej tylko na ich obrzeżach

Dla wnykarzy jest bardzo istotne, aby w miejscu na którym działają kręciło się jak najmniej ludzi. Wybierają zwykle takie okolice, gdzie mają jakąś gwarancję, że przynajmniej w kłusowniczym sezonie (jesień-zima) nikt nie odkryje ich pułapek. Ci z nich, którzy są tego bardzo pewni, nawet na czas letni nie demontują sideł. Zostawiają je przywiązane do drzew, tylko że zaciśnięte. W miejscach narażonych na odwiedziny grzybiarzy albo rolników doglądających swoich pól, wnyki zazwyczaj są zdejmowane na okres wiosenno-letnio-wczesnojesienny. Piszę, że zazwyczaj tak jest, bo trafiają się miejsca gdzie pojedyncze druty wiszą cały rok mimo pojawiających się tam osób postronnych.

Kłusownicy-wnykarze jako łowiska preferują lasy prywatne. Mają bowiem w nich względny spokój od służb leśnych. Na gruntach państwowych można się spotkać z ich działalnością o wiele rzadziej - aczkolwiek zależy to w dużej mierze od uwarunkowań terenowych i regionu Polski.

Sprzęt dla antykłusowniczych aktywistów - uwagi ogólne

Stosunkowo najmniej szpeju ma do zabrania ten, kto ma blisko i idzie do lasu na piechotę. Im dalej i im dłużej będzie się przebywać w terenie, tym więcej trzeba z sobą nosić. Duże znaczenie w kwestii ilości i doboru ekwipunku ma również wymiar zadań jakie chcemy prowadzić. Ci, którzy będą zawężać swoje działania jedynie do najbliższej okolicy, udają się zwykle na całodniową wyprawę planując powrót na noc do bazy. W takim przypadku niezbędny sprzęt ogranicza się do kilku pozycji, które z powodzeniem można zmieścić w małym 25 l plecaku. Trochę więcej trzeba zabrać kiedy jedzie się na odległe placówki. Akcje tego typu zazwyczaj przewiduje się na kilka dni i nocy w jednym ciągu pod gołym niebem (o ile nie mamy zapewnionej kwatery). Konieczne jest wtedy posiadanie szpeju biwakowego, przynajmniej w podstawowym składzie. Przypomina to trochę wyprawę bushcraftową, z tą różnicą, że u nas odpada główny element jakim jest walka o przetrwanie z dala od cywilizacji i związane tym czynności. Nie ma potrzeby nosić siekier, pił i innych narzędzi potrzebnych do budowy obozowiska, przyborów do gotowania, a nawet większych ilości żywności, bo tę kupimy w okolicznych spożywczakach. Outdoorowcy mogą kręcić głowami, ale powiem Wam tak: po co dźwigać coś, co w antykłusowniczej praktyce i tak się nie przyda? Szkoda siły. W terenie, zwłaszcza kiedy trzeba przejść kilkadziesiąt kilometrów każde 500 gram ma znaczenie. Sam jestem zwolennikiem minimalizmu, co oznacza, że biorę tylko najniezbędniejsze rzeczy. Po części jest to podyktowane moimi warunkami fizycznymi, które uniemożliwiają mi długotrwałe przenoszenie dużych ciężarów. Druga sprawa to objętość ekwipunku - gabaryty muszą być jak najmniejsze, aby nie ograniczały ruchów w gęstwinach. Wreszcie taktyka - moja jest nader spartańska (jeśli chodzi o obozowanie) po prostu nie lubię się przemęczać budując zaawansowane schronienia, a także zostawiać śladów po sobie. Kto decyduje się na zwalczanie kłusownictwa musi pamiętać, że nie bierze udziału w beztroskim weekendowym wypadzie za miasto. To nie jest rozrywka, a walka - jakkolwiek by ona nie wyglądała. Zatem i sprzęt należy szykować na tę okoliczność. Na zakończenie tego krótkiego wstępu wypada powiedzieć trochę o środkach transportu. Nie ukrywam, że ten poradnik opracowałem pod kątem przemieszczania się za pomocą roweru/motocykla. Według mnie, te pojazdy najlepiej spisują się w naszych działaniach. Co prawda, mają one pewne wady, ale mimo to wygrywają z samochodami. Na czym to wszystko dokładnie polega - opiszę po kolei.

Wyposażenie zbieracza wnyków na akcję jednodniową z rowerem

no image

1. Za pomocą lornetki nie wypatrzysz wnyków, ale będziesz mógł lustrować teren i okoliczne zarośla, czy ktoś się w nich nie czai. Dzięki temu można zyskać czas na wycofanie się. Ma to znaczenie dla tych, którzy nie są przygotowani lub nie chcą podejmować walki.

2. Narzędzie do cięcia linek. Nie potrzeba kupować ciężkich nożyc z przekładnią. Wystarczą cęgi zbrojarskie takie jak na zdjęciu (Knipex). Dają radę plecionkom do 5 mm średnicy.

3. Nie ma wyprawy, na którą wyruszałbym bez dobrego noża. Jeśli go jeszcze nie posiadasz, to koniecznie musisz coś dla siebie kupić (albo wykuć - o ile potrafisz;). Kształt ostrza wybierasz pod kątem prac do jakich będzie ci służył. Proponuję zaopatrzyć się w terenową klingę do uniwersalnych zastosowań. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. - Trochę w tym racji, wszak idealnie byłoby posiadać kilka noży o różnych kształtach np. sztylet do walki, nóż survivalowy do prac obozowych, a także mały kozik/multitool do precyzyjnych robót. Najlepiej gdyby wszystkie wykonano z wysokiej jakości stali... Jakby mnie było stać (dobry nóż to nie kilka, a co najmniej kilkanaście stów), to trzymałbym się tego schematu. Ponieważ jednak moje fundusze są ograniczone, więc mam tylko jeden, ale za to solidny. Przy wyborze zwracałem uwagę na jego użyteczność przy skórowaniu i ćwiartowaniu zwłok oraz przydatność w walce. Na zdj. Boker Plus Rold Black (stal D2).

4. W obecnych czasach posiadanie smartfona to już chyba norma. Poza łącznością, będąc podpiętym do internetu mamy w nim mapy, wiadomości o pogodzie itp. Robią one także zdjęcia lepszej jakości niż zwykłe telefony. Ich użytkownicy nie muszą wtedy zabierać dodatkowych aparatów czy kamer.

5. Portfel z dokumentem tożsamości i odpowiednią ilością gotówki.

6. Światła do roweru, przednie i tylne. Jesienią, zimą oraz wiosną najczęściej będzie tak, że powrót wypadnie już po ciemku, a droga daleka... Przy zakupie lampek rowerowych sugeruję wybierać modele dobrej jakości. To szczególnie dotyczy światła przedniego. Jego strumień świetlny powinien mieć wartość nie mniejszą niż 150 lm przy czasie pracy ok. 12h - to takie minimum, aby dobrze widzieć drogę przed sobą. Kto zamierza też podróżować w nocy i zbierać zwłoki zwierząt, ten powinien zainwestować w coś lepszego np. Fenix BC 25 R 600 lumens (na zdj. po lewej).

7. Zestaw naprawczy do dętek (klej, łatki i wentyle). Jest to niezmiernie ważny element wyprawy, zarówno bliskiej jak i dalekiej. Kosztuje zaledwie parę złotych, a może ocalić od potężnych kłopotów z dalszą jazdą, niezależnie od tego, na jak dzikim odludziu nastąpi przebicie koła.

8. Zapięcie do roweru jest przydatne nie tylko wtedy, gdy trzeba zostawić pojazd np. pod sklepem, ale też w lesie. Nawet tam nie radzę zostawiać roweru ot tak.

9. Brak pompki może się zemścić, dlatego trzymaj ją zawsze w plecaku. Przy jej doborze zwróć uwagę na kompatybilność z wentylami w kołach.

10. Plecak weź taki, aby swobodnie zmieścić w nim wyszczególniony ekwipunek oraz minimum 1.5 litra butelkę z napojem i coś do jedzenia na drogę. Latem, nawet gdy wiesz, że cały dzień będzie upał, to i tak zabierz przynajmniej bluzę - później napiszę, do czego, oprócz zabezpieczenia przed np. wieczornym chłodem, może się przydać. Jeśli pogoda będzie w "kratkę" z deszczem, a Ty mimo wszystko pojedziesz w teren, to zapakuj nieprzemakalne ponczo. Waży niewiele, a w przypadku opadów uratuje przed przemoczeniem i ewentualnie od późniejszego przeziębienia - zwłaszcza kiedy jest zimno!

11. Na zdjęciu nie ma, choć powinien być gaz pieprzowy. Przydatny nie tylko do opędzania się od psów, ale może też uratować skórę tym, którzy nie mają wprawy w bezpośredniej walce z ludźmi.

12. Ukrycie twarzy w trakcie zbierania wnyków jest bardzo ważne. W tym celu proponuję zabrać czapkę (odpowiednią do pory roku) oraz chustę arafatkę, która pod względem walorów użytkowych przewyższa znacznie kominiarki. Poza głównym zadaniem, można ją użyć jako szalik, temblak, opaskę uciskową, zastąpić urwaną szelkę w plecaku itp.

Dalsze wskazówki

Kwestia odzieżowa na jednodniowe wypady nie jest zbyt skomplikowana. Od biedy można się na nią ubrać w "ciucholandzie". Mimo to radzę nie żałować kasy na dobrą techniczną odzież. Dobór ubrań na czas wysokiej aktywności ma ogromny wpływ na organizm i ogólne samopoczucie. Jest to szczególnie ważne w chłodnej porze roku. Najlepiej byłoby posiadać zestawy specjalistycznej bielizny, polarów, butów, spodni i kurtek, ale kogo na to stać? Dobre ubrania terenowe są drogie, a nawet bardzo drogie. Jeśli się na nie zdecydujesz, to przed zakupem koniecznie zapoznaj się z technologiami jakie w nich zastosowano. Jeśli nie masz zbyt wielkiego budżetu na jednorazowy wydatek, to na początek zainwestuj tylko w bardzo dobrą bieliznę termoaktywną (zwracaj uwagę, aby ściśle przylegała do ciała) i obuwie z cholewkami za kostkę (powinno być wodoodporne, ale oddychające). Gumowce są dopuszczalne tylko ciepłą porą roku. Co do reszty, to wybierz tak, abyś miał zapewniony komfort termiczny. Ponieważ będziesz w ciągłym ruchu i wracał na noc do domu, dlatego ubrania te nie muszą spełniać wyśrubowanych parametrów, takich jak membrana czy niski współczynnik przenikania ciepła, ważny, kiedy się długo przebywa nieruchomo w jednym miejscu przy temperaturach bliskich 0 i niższych. Nie każ mi też przypominać, że odzież powinna być w kolorach "leśnych". Unikaj wszelkich jaskrawych barw. Także nie polecam zakładania kamizelek taktycznych i innych tego typu dodatków. One za bardzo rzucają się w oczy, a tu nie chodzi o to, aby wyglądać jak komandos. Robienie wizualnego wrażenia nie ma najmniejszego sensu.
Jeśli chodzi o wybór roweru, to stanowczo odradzam miejskie i szosowe. Te pierwsze są nic nie wartym złomem, a kolarzówką pojedziesz tylko po asfalcie. Do naszych celów najlepiej sprawdzą się rowery MTB, crossowe i trekkingowe. Ważne, aby miały bagażnik, na którym można przymocować plecak (unikniesz wtedy bólu i zapocenia pleców). Pozostałe cechy roweru musisz dobrać według swoich oczekiwań. Przy wyborze zadaj sobie pytanie, jak często i jak daleko będziesz nim jeździł. Istotny jest także Twój ciężar i styl jazdy. Na weekendowe przejażdżki do 50 km w jedną stronę, od biedy wystarczy rower za 1000 zł, ale trzeba będzie delikatnie się z nim obchodzić, często go przeglądać i wymieniać części. Kto wykręci do 10 000 i więcej kilometrów rocznie, ten niestety musi zainwestować, zwłaszcza w komponenty. Szczególną uwagę należy zwrócić na tylną piastę, kasetę, łańcuch i wkład suportu - nie oszczędzaj na tych podzespołach.

Akcję zbierania sideł najlepiej prowadzić od jesieni do wiosny. Wtedy przypada sezon na ich zakładanie. W zimnej porze roku roślinność jest też pozbawiona liści i nie atakują gryzące owady. Ten fakt ma istotne znaczenie dla szybkości i wygody poszukiwań. Lato najlepiej wykorzystać na rekonesans miejsc, w których nigdy się nie było. Można wówczas dokonać oceny ich zagrożenia pod kątem wnykarstwa na podstawie charakterystycznych cech (pisałem o nich w poprzednim rozdziale oraz tutaj).

Taktyka poszukiwań jest stosunkowo łatwa, bo polega na "spacerowaniu" po danym terenie i dokładnym rozglądaniu się. Jedyne o czym trzeba pamiętać, to kilka zasad bezpieczeństwa i przestrzegać ich! Już kiedyś w jednym z wpisów sprzed paru lat o tym mówiłem. Teraz wrócę do nich tylko w ramach przypomnienia.
Pierwszą i chyba najważniejszą kwestią jest dokładna lustracja tego, co się dzieje dookoła - zwłaszcza w przypadku natrafienia na wnyki. Takie miejsce może być osobiście obserwowane przez funkcjonariuszy PSL/PSŁ. Jeśli oni zobaczą, że coś majstrujesz przy pułapkach, to będzie bardzo trudno odeprzeć zarzuty o kłusownictwo. Dlatego nie wolno dać się przyłapać. Najpierw trzeba sprawdzić teren, potem zaś (po spełnieniu jeszcze jednego warunku) wolno przystąpić do demontowania sideł. Jeśli stwierdzisz, że nikogo nie ma w pobliżu, to i tak zawsze musisz liczyć się z ewentualną obecnością fotopułapek. W związku z tym konieczne jest ukrywanie twarzy. Dopóki krążysz tu i tam, to nie musisz bezwzględnie tego robić. Maskę zakładasz dopiero gdy zauważysz wnyki i zamierzasz do nich podejść.
Zebranych linek nie wolno przenosić w całości, tzn. nie pociętych. W przeciwnym razie jeśli zostaniesz zatrzymany do kontroli przez służby, wówczas będziesz miał "ciepło". Dlatego druty najlepiej zakopać, a jeśli zamierzasz je zabrać to pokawałkuj je na odcinki o długości powiedzmy 30 cm.
Szczególną ostrożność należy zachować kiedy będziesz kręcił się w pobliżu gospodarstw na tzw. "pozastodolu". To dotyczy zwłaszcza tych posesji, samotnie rozrzuconych w lasach, położonych z dala od innych we wsi. Można tam zostać zaatakowanym przez psy puszczone luzem albo które same wydostają się poza ogrodzenie. Z nimi nie ma żartów. Jeśli nie masz pukawki (dobra rzecz, ale to śliski temat;), radzę wtedy unikać takich okolic. Skoro już mowa o agresywnych psach, to trafiają się one praktycznie wszędzie, ale szczególnie łatwo je spotkać późną nocą i nad ranem w pobliżu wsi. Odradzam zatem samotne wyprawy na manowce o tych porach osobom, które dysponują jedynie białą bronią, a które nie za bardzo mają pojęcie jak nią walczyć.
Jeśli na miejsce przyjedziesz rowerem, to najlepiej jest go schować w gęstwinie/trzcinowisku, czyli tam, gdzie masz absolutną pewność, że nikt go nie znajdzie. Raczej nie chodź prowadząc rower po bezdrożach w rejonach opanowanych przez kłusowników. W przeciwnym bowiem razie, gdyby trzeba było uciekać, to raczej nie dasz rady tego szybko uczynić bez porzucenia pojazdu.

Przygotowanie sprzętowe do poważniejszych wypraw kilkudniowych

Wypad do lasu na czas dłuższy niż jeden dzień, to albo poszukiwanie wnyków na odległych placówkach, albo próba złapania kłusownika przy "robocie". O sidłach już była mowa. Teraz skupię się na tej drugiej działalności.
Skoro zdecydowałeś się ruszyć na dalekie antykłusownicze wyprawy, to mniemam, że posiadasz jakieś doświadczenie outdoorowe i nie trzeba Ci zbytnio tłumaczyć co zabrać, jak się ubrać w zależności od wysiłku fizycznego i warunków atmosferycznych. Mimo to, możesz poświęcić chwilę, by przeczytać moje wypociny, a nuż dowiesz się czegoś nowego. Jeśli dopiero zaczynasz tę przygodę, wówczas sugeruję wdrażać się w nią stopniowo. Nie polecam osobom bez wprawy ruszać w środku zimy gdzieś na dalekie odludzie, by szarpać się z bandziorami. Czegoś takiego nawet ja nie robiłem. To tyle wstępu.

Jeśli chodzi o szpej, to w przypadku gdy jedziesz rowerem zabierz pozycje: 1,3,4,5,6,7,8,9,11,12 - wymienione w jednym z poprzednich rozdziałów. Do tego dojdzie sprzęt, który widzisz poniżej. Oczywiście nie musisz szukać identycznego, bo ten ze zdjęć, to tylko przykłady. Miej wszakże na uwadze, aby nie był gorszy :] W niniejszym wykazie nie zawarłem takich przedmiotów jak chociażby zapalniczka czy chusteczki higieniczne - przydatne, ponieważ jednak można je dostać od ręki w byle sklepie, dlatego nie trzeba ich pakować w domu.

no image

13. Będzie potrzebny plecak, taki ok. 40-45 litrów. Do środka ładujesz śpiwór, namiot i matę troczysz na zewnątrz. W głównej komorze zostanie jeszcze dość miejsca na resztę drobiazgów i trochę żywności. Większych plecaków nie ma co brać, bo są one niestabilne na bagażniku roweru - o ile jedziesz rowerem. W przypadku podróży motorem, to raczej nie ma gdzie zamocować tak wielkiego ładunku, dlatego trzeba go będzie mieć cały czas na plecach. Jedynie ci, którzy wybierają się samochodem nie mają problemu z logistyką... W ogóle to odradzam ruszanie autem na samotne akcje tego typu. Później wyjaśnię dlaczego.

14. Śpiwory syntetyczne (na zdj.) mają dużą objętość i są ciężkie. Ponadto ich wypełnienie z czasem zbija się, co pogarsza właściwości izolacyjne. W zasadzie jedynymi zaletami tych worków jest niska cena i względna odporność na zawilgocenie. Jeśli masz możliwość, to sugeruję zainwestować w te, z puchowym ociepleniem. Znakomicie izolują od mrozu, łatwo je skompresować do naprawdę niewielkich wymiarów, no i w porównywalnych klasach termicznych są lżejsze od syntetyków. Podczas użytkowania trzeba wszakże pilnować, aby nie złapały wilgoci (m.in. nie chuchać do środka podczas snu).

15. Na spanie pod gołym niebem można sobie pozwolić tylko wtedy, gdy jest 100% pewności, że nie będzie opadów, a także silnych mrozów w nocy. W pozostałych przypadkach konieczny jest odpowiedni namiot. Jego wybór uzależniasz od przyjętej taktyki. Kto ma zamiar cały dzień kręcić się po terenie, a w nocy mieć spokój, ten ustanawia obóz poza obrębem działalności kłusowników. Można wtedy korzystać z typowego jedno/dwuosobowego namiotu tunelowego. Jeśli trzeba będzie nocować na "zarażonym" obszarze, czyli krótko mówiąc, prowadzić całodobową, skrytą obserwację, to dobrze jest zaopatrzyć się w namiot typu bivy tent (na zdj. Carinthia Observer Plus)

no image

Ponieważ jest w całości wykonany z laminatu, dlatego nie przepuszcza wody nawet na podmokłym terenie. Bardzo łatwo go zamaskować i zwinąć w razie potrzeby. Nie zapewnia jednak ochrony przed zimnem. Waga jak na tak mały namiot jest duża (1.8kg).

16. Mata do spania. Jeśli nie dysponujesz środkami na porządny materac pompowany, to poczekaj aż będziesz je miał. Ewentualnie kup karimatę z pianki - lepsze to, niż tanie maty samopompujące (nie trzymają powietrza).

17. Jeśli ktoś posiada kawałek stali plujący ogniem, to nie musi koniecznie czytać tego punktu. Ponieważ jednak mało kto może sobie pozwolić na taki luksus, dlatego trzeba zaopatrzyć się w broń białą. W naszym przypadku najlepszą opcją będzie maczeta. Jej najważniejszą zaletą jest łatwość w ukryciu pod ubraniem, co w przypadku mieczy i szabel nie wchodzi w rachubę. Kształt ostrza ma drugorzędne znaczenie, natomiast jego długość jest sprawą bardzo ważną. Bynajmniej nie chodzi tu o wizualne wrażenie, a o bezwładność. Ta cecha wzrasta wraz z długością klingi. Maczetą z długim ostrzem za jednym zamachem bez problemu można odrąbać rękę czy głowę, ale za to jest wolna tzn. nie da się nią wyprowadzać szybkich ciosów, a szybkość w walce ma kluczowe znaczenie. Oczywiście to zależy też od siły fizycznej i wyszkolenia operatora, dlatego wyboru należy dokonać pod tym kątem. W zasadzie ostrze nie powinno być zbyt długie jeszcze z jednego powodu: trudno nim wziąć zamach w gęstych zaroślach - a to może przechylić szalę zwycięstwa na korzyść przeciwnika.

18. Opatrunek osobisty. Wybierz gazę z bandażem i elastycznymi spinkami. Nie polecam plastrów, bo te nie dopuszczają powietrza i potrafią odkleić się od skóry.

19. Ok. 2 metry 1mm drutu lub paracordu. Zajmuje mało miejsca, a może się przydać w wielu sytuacjach.

20. Kamizelka odblaskowa zwiększa widoczność rowerzystów o wiele bardziej niż samo oświetlenie roweru. Ma to duże znaczenie dla tych, którzy nocą poruszają się po trasach z dużym natężeniem ruchu.

21. Dodatkowe rękawiczki powlekane gumą. Może się zdarzyć, że trzeba będzie dotknąć coś, czego nie powinno się chwytać gołymi rękami, dlatego nie zapominaj o nich.

22. Latarka czołowa jest nieodzowna kiedy nocą trzeba wykonać jakąś robotę. Ma się wtedy wolne obie ręce i co za tym idzie - zwiększone pole manewru.

Na co zwracać uwagę przy wyborze odzieży

Polowanie na kłusowników polega zwykle na wielogodzinnym trwaniu w zasadzce. Gdyby odbywało się to latem, nie byłoby z tym większych problemów. Ponieważ jednak kłusownicy uaktywniają się w zimnych porach roku, dlatego stajemy przed problemem utraty ciepła z organizmu. Zbieracze wnyków czy osoby dokonujące tylko rekonesansu pozostają w ciągłym ruchu, zatem nie muszą martwić się, że zmarzną. Natomiast Ty będziesz siedział w ukryciu nie 2 czy 3 godziny, ale cały dzień - od świtu do zmierzchu. Na noc wchodzisz do namiotu, a nazajutrz podobnie jak w dniu poprzednim. Trzeba będzie wytrzymać tak kilka dni. Nie ma tragedii dopóki temperatura utrzymuje się powyżej 10 stopni i jest pogodnie. Kiedy jednak spada poniżej tego poziomu oraz pojawiają się opady deszczu, to żeby mówić o zachowaniu ciepła organizmu przynajmniej na granicy komfortu, konieczne jest podjęcie radykalnych rozwiązań. Nie trudno domyślić się, że chodzi o właściwy dobór odzieży. W trakcie dalekich/długotrwałych wypraw i przy naszym charakterze działań nie ma mowy na półśrodki - zwłaszcza zimą. W związku z tym trzeba będzie zainwestować, począwszy od bielizny i obuwia, a na kurtkach skończywszy. Budżetowo, to powinno się zamknąć w 5-10k :] Sporo, ale dla zwierzoluba żadna cena nie jest za wysoka - tak myślę.
W naszym przypadku najlepszą opcją są ubrania myśliwskie. Polecam marki Harkila, Seeland albo Fjallraven, natomiast żadnych kolorowych "Decathlonów" - to jest dobre w góry, dla januszy, aby ich GOPR mógł łatwiej znaleźć ;).
Dokładna prezentacja odzieży na długotrwałe wyprawy, ze względu na objętość, jest w zasadzie tematem na osobny wpis. Dziś co najwyżej garść ogólnych wytycznych.
O cechach jakimi powinno charakteryzować się obuwie była mowa w jednym z poprzednich rozdziałów. Przede wszystkim ma nie przemiękać kiedy wejdzie się w wodę do kostek. Oczywiście to nie mogą być gumowce, inaczej popsujesz nogi, zwłaszcza w zimie!
Bielizna - jeśli jedziesz rowerem i spędzisz na nim cały dzień, a temperatury oscylują w granicach 10*C, to zakładaj termoaktywną (kalesony + koszulka z długimi rękawami). Kiedy jest zimniej albo na motor, to w grę wchodzi raczej tylko bielizna termiczna z wełny merynosów. Rękawiczki - ważna kwestia. Na rower muszą być wykonane z membrany. Zwykłe szmaciaki wciągają pot przy niskich temperaturach, stają się mokre i przestają spełniać swoją funkcję.
Czapkę wybierz taką, aby miała "klapki" na uszy. Ma to szczególne znaczenie kiedy jedziesz rowerem na zimnie i dmucha wiatr. Zwykłe czapki zsuwają się z głowy, zwłaszcza u tych, którzy mają długie włosy i odsłaniają płatki uszu narażając je na odmrożenie. Jeśli weźmiesz z sobą chustę arafatkę, to szalik nie będzie ci potrzebny.
Jest raczej pewne, że w terenie trafią się warunki, kiedy będziesz musiał chodzić przez wysoką trawę/zakrzaczenia, mokre od rosy/deszczu, nie mówiąc już o siedzeniu w trakcie opadów. To oznacza, że spodnie powinna cechować przynajmniej częściowa wodoodporność. W przeciwnym razie, jeśli silnie zamoczysz nogawki, a wraz z nimi kalesony, to przebywanie w czymś takim przez kilka dób (o ile nie zdecydujesz się na powrót do domu) może wpędzić w poważną chorobę.
Stosunkowo najwięcej będzie się wymagać od kurtek. Idealnie byłoby mieć dwie, wykonane z goreteksu - jedna z ociepleniem dostosowanym do temperatur pow. zera, a drugą, typową na mrozy. To są oczywiście koszta, dlatego warto rozejrzeć się za kurtkami uniwersalnymi, które mają zdejmowaną podpinkę. Ogólnie mówiąc, kurtka, poza wodoodpornością, ma być taka, aby przynajmniej w połączeniu z polarem było w niej ciepło kiedy organizm jest w spoczynku.
Polar, a wyrażając się dokładniej - rodzaj materiału i jego gramatura, uzależnione będą od właściwości cieplnej warstwy zewnętrznej. Musisz go dobrać wedle indywidualnych potrzeb, z resztą tak jak pozostałe elementy ubioru.

Być może po przeczytaniu tego tekstu pomyślisz sobie, że zachęcając do zakupu drogiego wyposażenia promuję "gadżeciarstwo"? Nie, w moim zamyśle nigdy nie leżało sprzętowe podbudowywanie własnego ego ani chęć popisywania się przed kimkolwiek. Nawet nie miałbym za bardzo okazji do szpanowania, bo najczęściej działam w pojedynkę, a zwykli, przypadkowo napotkani ludzie i tak nie poznają się na profesjonalnych markach. Dobry wyprawowy szpej jest po prostu konieczny dla własnego bezpieczeństwa, nie mówiąc już o komforcie. Minęło 20 lat od kiedy zacząłem włóczyć się po lasach i polach. Przez 2/3 tego czasu nie przykładałem zbytnio uwagi do wyposażenia - ciuchy byle jakie i spanie jak popadnie, często w samym tylko śpiworze, a bywało tak, że i bez niego (oczywiście latem). Wiem co to znaczy mieć buty pełne wody, mokre ubrania i związane z tym przejmujące zimno. Byłem wtedy bardzo młody, uważałem się za niezniszczalnego - do czasu, aż zaczęły dokuczać mi stawy w kolanach, ramionach i w palcach. Najbardziej dają się we znaki późną jesienią, wraz z nastaniem deszczy i poważniejszych chłodów. Przez resztę roku jest spokój. Tak więc problemy reumatyczne otrzeźwiły mnie i skłoniły do większego dbania o ciało poprzez właściwy dobór sprzętu. Zatem nie popełnij moich błędów z młodości. Nie pozwól aby wilgoć i zimno weszły Ci w kości, bo za x lat możesz zostać kaleką.

Odżywianie się w terenie

Każdy ma inne zapotrzebowanie energetyczne, poczucie sytości i smaku. Nie mogę na siłę ukierunkowywać Cię na moje upodobania, bo to, co jest dobre dla mnie, niekoniecznie może być dobre dla Ciebie. Jednak kiedy chodzi o dostarczanie organizmowi niezbędnych składników podczas wzmożonego wysiłku fizycznego, to istnieją ogólne wytyczne dla wszystkich. Tak więc, przed wyjściem z domu dobrze jest zjeść obfity posiłek. Co to ma być, to już sam sobie wybierz. Ważne aby zawierał węglowodany, bo te dają energię. Później, w trakcie akcji (marsz, jazda rowerem) najważniejszą sprawą jest nawodnienie (regularne picie, nawet wtedy, gdy się nie chce) i uzupełnianie elektrolitów: Na, K, Ca, Mg. Do picia weź napój, który lubisz. Kiedyś lałem w siebie Coca Colę. Brałem jej 2 litrową butlę, a potem dokupowałem w razie potrzeby. Ponieważ źle wpływa na zęby, dlatego przestawiłem się na soki owocowe. Wody mineralnej nie piję. Zimna czy ciepła, nie smakuje mi i tyle. Elektrolity można kupić w tabletkach, pełno tego w sklepach. Żeby nie opaść z sił, to warto coś przekąsić w czasie drogi. Ja biorę chałwę, snickersy albo sezamki (kilka sztuk). Mogę na tym jechać cały dzień tzn. średnio pokonać 200km przez 12h. Oczywiście nie jest to żadne mistrzostwo świata, no ale kiedy się wiezie 15kg sprzętu + własny ciężar (62kg) na kołach 26" i terenowych oponach, to trudno oczekiwać cudów.
Nie wolno dopuścić do odwodnienia, spadku poziomu elektrolitów i glukozy we krwi. W przeciwnym wypadku taki stan, poza koszmarnym zmęczeniem jest niebezpieczny dla zdrowia i życia. Raz tego doświadczyłem. Czułem wtedy sztywność mięśni, dostałem zimnych dreszczy wraz z halucynacjami. Pojawił się też ból w jamie ustnej, zwł. u nasady języka i dziąseł. Do domu dotarłem na oparach. Napiłem się tylko trochę herbaty, bo więcej i tak nie dałbym rady przełknąć. Nie miałem siły nawet na kąpiel; w ubraniu położyłem się na wersalce... Jeśli takie objawy wystąpią w terenie i w dodatku nie ma co pić ani zjeść, wówczas trzeba koniecznie dokonać zakupu niezbędnej żywności. Następnie niezwłocznie rozbić obóz (w bezpiecznym miejscu). Gdybyś opisane czynności wykonał w odwrotnym porządku, czyli najpierw poszedł spać, w nadziei, że później kupisz jedzenie, a na dworze panują mrozy, to możesz już się nie obudzić - umrzesz z wychłodzenia. Fizjologiczne wyczerpanie ujemnie wpływa na trzeźwość myślenia i ocenę sytuacji, dlatego nie wolno sobie folgować.
Jeżeli po całodniowym pedałowaniu dotrzesz szczęśliwie na upatrzoną placówkę i po zejściu z roweru nie chodzisz jak manekin, to znak, że nie "przepaliłeś" mięśni. Później, w trakcie czatowania możesz jeść wszystko co chcesz, no prawie. W tym poradniku nie przewidziałem polowego szykowania jedzenia na gorąco, bo inaczej musiałbyś dorzucić graty kuchenne: naczynia i jakiś palnik ew. narzędzia do cięcia drewna na ognisko. Te utensylia bywają pomocne, ale gdzie je pomieścić i kto będzie to nosił? Na samotną wyprawę nie ma sensu ich zabierać - takie jest moje zdanie. Polska to nie ZSRR. Sklepy są wszędzie. Znajdziesz w nich mnóstwo produktów, które z powodzeniem można spożyć na zimno, dlatego gotowanie w plenerze jest zbędnym wygodnictwem. Jedynie zimą, podczas mrozów występują problemy z zamarzającymi napojami - wtedy faktycznie istnieje konieczność używania ognia.

Polowanie na kłusowników - zarys taktyki

Na początku tego rozdziału jestem zmuszony zaznaczyć, że o niektórych zagadnieniach napiszę mało albo wcale ich nie podejmę. W związku z tym, będziesz musiał domyślać się wielu rzeczy. Takie podejście do tematu jest spowodowane po pierwsze, brakiem pełnej wolności słowa nawet w internecie, a po drugie, chęcią zapobieżenia wycieku informacji odnośnie szczegółowych metod walki, obrony, zacierania tropów itp. Nie wiadomo, kto to będzie czytał, dlatego trzeba być ostrożnym i ważyć każde słowo.

Zanim wyjedziesz z domu wyłącz telefon, a najlepiej wyjmij z niego baterię. Będziesz mógł go uruchomić najwcześniej wtedy, gdy zakończysz działania bojowe tzn. jeśli miałeś zderzenie bliskiego stopnia z kłusownikiem, to telefon odpalasz dopiero po ponownym pojawieniu się w domu. W przypadku kiedy nikogo nie złapałeś, możesz go włączyć w trakcie powrotu, ale pod warunkiem, że przez kilka lat nie planujesz działać w tamtych okolicach. Podczas akcji absolutnie nie wolno korzystać (nawet na chwilę!) z urządzeń łączących się z wieżami BTS i/lub mających aktywny moduł wifi. Chyba nie trzeba Ci tłumaczyć dlaczego. Do robienia zdjęć używaj osobnego aparatu. Również nigdy nie płać w miejscowych sklepach kartą, ani nie korzystaj z bankomatów. Tylko gotówka! Co do sklepów, to radzę nie wchodzić do położonych w sąsiedztwie miejsca akcji, ale tych oddalonych o kilka kilometrów.

Kiedy dotrzesz na miejsce, to pierwszą rzeczą jaką musisz wykonać będzie znalezienie kryjówki do schowania pojazdu. Do tego celu najlepiej wybrać rejon podmokły, zarośnięty trzcinami i szuwarami. Jeśli w okolicy nie ma takiej placówki, wówczas trzeba szukać obszarów, na których rosną np. gęste, niedostępne dla ludzi zagajniki. Także zakrzaczenia z kolczastych krzewów stanowią dobrą "skrytkę". Sprawdź czy w pobliżu nie ma śladów ludzkich stóp, wydeptanych przez ludzi ścieżek tudzież innych przejawów działalności. Jednym słowem, poszukaj takiego miejsca, co do którego jesteś pewien, że nikt tam nie przyjdzie za dnia ani w nocy.
Należy wybić sobie z głowy zostawianie pojazdów u nieznanych osób, oferując im opłatę za to. Nie nawiązuj żadnych relacji z miejscowymi. Dołóż wszelkich starań, aby zwłaszcza na aktywnym kłusowniczo terenie (pole, las) nie mieć bezpośredniego kontaktu z ludźmi.
Nikt nie może Cię podpatrzyć w czasie ukrywania pojazdu. Zwracaj na to baczną uwagę, w przeciwnym razie po powrocie już go tam nie znajdziesz.
Jazda samochodem na tego typu akcję indywidualną jest wysoce ryzykowna ponieważ raczej nie ma warunków by go bezpiecznie zostawić na kilka dni. Prawdę powiedziawszy, zapomnij o pokazywaniu się swoim samochodem w takiej okolicy. Lokalsi ze wsi interesują się wszystkim, dlatego ich oczom nie umknie obca rejestracja. Niby nic wielkiego, ale gdyby się coś stało, wówczas skojarzenia będą jednoznaczne. Ostatecznie wolno nim jechać jedynie w sytuacji, gdybyś miał możliwość zaparkować auto u kogoś sprawdzonego, mieszkającego w dużej odległości od rejonu działania, czyli tak min. 20km.

Następnym ruchem będzie ustalenie miejsca pod rozbicie namiotu. Jeśli weźmiesz z sobą norkę snajperską (bivy tent), to ze względu na łatwość w zamaskowaniu możesz go postawić w niemal każdym punkcie. Posiadacz większego sprzętu musi poszukać placówki, która spełnia odpowiednie wymogi bezpieczeństwa. Tak więc najlepiej rozbić się w otoczeniu gęstej roślinności, z dala od zabudowań, dróg i parkingów. Wszelako trzeba uważać, aby ów teren był wolny od kłusowników albo myśliwych, czyli ludzi, którzy mogą snuć się tam po nocach. Ale nawet wtedy radzę, aby w dzień namiot zwijać, kiedy idziesz na akcję. Ja nigdy nie zostawiam go bez opieki, bo różne rzeczy mogą się zdarzyć. W najlżejszym przypadku, jeśli ktoś trafi w to miejsce, wówczas tylko go spenetruje/ukradnie. Najgorszy scenariusz zakłada sytuację, kiedy bandzior wróci tam, gdy będzie się spało wewnątrz. Mógłby wtedy zatłuc kołkiem, poderżnąć gardło albo odstrzelić.
Na twardy sen w terenie może pozwolić sobie jedynie ten, kto obozuje w absolutnie pewnym punkcie. W innym przypadku należy trwać w półśnie, czyli oczy zamknięte, ale słuch aktywny. Balansowanie na takiej krawędzi jest trudne i wymaga pewnej wprawy żeby zupełnie nie odpłynąć.

Unikanie kontaktu z ludźmi podczas akcji jest niezmiernie ważną kwestią bezpieczeństwa. Już nawet wtedy, gdy tylko przejeżdża się przez osadę sąsiadującą z kłusowniczym terenem trzeba uważać, aby nie rzucać się w oczy miejscowym. Wiadomo, że coś takiego jest trudne, bo tak czy inaczej napotka się jakichś przechodniów. Jedynie poruszanie się nocą mogłoby wyeliminować ten problem - nie jest to wszakże konieczne. W dzień wystarczy, że jadąc np. przez wieś w trakcie mijania jakiejś osoby odwrócisz głowę w inną stronę. Absolutnie nie wolno patrzeć w oczy, przyglądać się innym i podejmować rozmowy.
Daleko większe środki ostrożności należy podjąć kiedy już wkroczyło się na pole walki. Konieczne jest wówczas, aby wyeliminować możliwość bliskiego kontaktu z kimkolwiek. A różni ludzie mogą się napatoczyć; na polach będą to rolnicy, w lasach drwale, grzybiarze, służby leśne i inni. Oni wszyscy w pośredni sposób stanowią zagrożenie - jakiego rodzaju, to musisz już sam się domyślić. Zatem będąc w terenie czujnie obserwuj otoczenie, ale nie kręć głową jak papuga. Rób to dyskretnie, sprawiając wrażenie beztroskiego przechodnia. Ty musisz pierwszy dostrzec innych, a nie na odwrót. Dać się podejść jakiemuś frajerowi, to porażka na maksa. Ludzie oddaleni o kilkaset metrów nie mają znaczenia. O wiele gorzej będzie kiedy znajdą się w odległości pozwalającej na dokładne zapamiętanie rysów twarzy i szczegółów ubioru. Dlatego nie wolno nikogo dopuścić na taki dystans. Jeśli jednak dojdzie do nieuniknionego spotkania, bo np. zostaniemy zaskoczeni i nie ma możliwości na nie wzbudzające podejrzeń wycofanie się, wówczas należy iść śmiało naprzód, czyli udawać zwykłego człowieka.
Co robić, gdy zauważysz, że ktoś Cię śledzi? Przede wszystkim nie daj po sobie poznać, iż się o tym zorientowałeś. Zachowaj spokój. Nie odwracaj głowy w kierunku szpiega. Jednocześnie dołóż starań, aby zniknąć mu z oczu. Rób to wszakże na luzie, czyli nie przyspieszaj kroku, ale zacznij kluczyć. Potem, gdy znajdziesz się w ukryciu, obserwuj czy nie idzie za Tobą. Jeśli idzie, to zaczekaj na niego, aż podejdzie na tyle blisko, abyś mógł ocenić z kim masz do czynienia i ewentualnie by dać radę go złapać. A dalej? Ty już wiesz co czynić:]

Poruszanie się w miejscu, w którym zamierzasz przygotować zasadzkę wymaga przedsięwzięcia odpowiednich środków ostrożności. Po pierwsze, twarz musi być stale zamaskowana: na głowie czapka, usta zaś ukryte pod arafatką. Jedynie oczy i nos mogą być na wierzchu. Unikaj długotrwałego snucia się po "gorącym" obszarze, bo inaczej możesz spłoszyć kłusownika. Swoje ruchy ogranicz jedynie do ustalenia punktu, z którego będziesz prowadził obserwację. Przy znalezionych wnykach nic nie rób, a najlepiej w ogóle nie podchodź do nich - poza jednym wyjątkiem. - Wybierasz sobie sidła ustawione na dogodnym do obserwacji z daleka terenie. Przy pomocy długiego kija psujesz jedną lub dwie pętle, w taki sposób, aby uniemożliwić złapanie się w nie zwierzęcia. Uszkodzenia muszą mieć subtelną postać, czyli taką, aby nie wyglądało to na ingerencję osób trzecich. Później tylko zajmujesz pozycję w ukryciu i czekasz na gościa. Kiedy ktoś się zjawi i zacznie poprawiać wnyki do poprzedniego stanu, wówczas będziesz wiedział, z kim masz do czynienia.

Czatowanie prowadzi się w dzień, czyli od świtu do zmierzchu. Noc radzę przeznaczyć na sen. Wnykarze najczęściej przychodzą kiedy jest widno, ale mogą być wyjątki. Jeśli na ten przykład jednego dnia uszkodzisz wnyki, a po upływie nocy stwierdzisz, że są naprawione, mimo tego, iż nikt tam się nie kręcił w czasie dobrej widoczności, to bez wątpienia działa tam ktoś wyjątkowo ostrożny. Żeby złapać kogoś takiego, konieczne jest przestawienie się na tryb nocny. Oczywiście wtedy nie ma mowy o obserwacji z daleka. Zasadzkę trzeba przygotować bardzo blisko "przynęty". Jedynie ci, którzy dysponują kamerami termowizyjnymi mogą lustrować teren z dystansu dziesiątek i setek metrów.

Co robić, kiedy już uda się wypatrzyć osobę, co do której nie ma wątpliwości czym się zajmuje? Wszystko zależy od twojej antykłusowniczej determinacji. Krótko mówiąc, podejmij kroki pozwalające na skuteczne zablokowanie gościa. Nie napiszę wprost o co chodzi, dlatego musisz posłużyć się własną inwencją przy rozwiązaniu tego problemu.

Kłusownicy przyłapani z wnykami mogą zareagować w różny sposób. Jedni uciekają, inni stają do walki z napastnikiem. W tym drugim przypadku stosunkowo największe szanse na wygraną będziesz miał w konfrontacji "sam na sam" albo kiedy dysponujesz wsparciem osobowym. Natomiast gdy przeciwnik jest liczny (co najmniej dwóch) i/lub dysponuje bronią palną, wówczas prawdopodobieństwo wygrania starcia na Twoją korzyść bardzo spada. Moim zdaniem nie ma sensu uderzać na dobrze przygotowanego wroga nie posiadając samemu umiejętności i zaawansowanego technicznie sprzętu. Przyjmijmy jednak opcję, kiedy trafisz na kogoś kto przejawia siły porównywalne do Twoich. Będziesz musiał go podejść w taki sposób, aby nie zorientował się, że ktoś idzie w jego kierunku. Jeśli zauważy Cię z daleka, to raczej na 100% z powodzeniem ucieknie i upłynie dużo czasu, zanim pojawi się tam z powrotem. Swoją obecność możesz ujawnić dopiero wtedy, gdy będziesz na tyle blisko, aby go dogonić. A potem? Grzecznie mu tłumaczysz naganność kłusowniczej praktyki... i tyle.

Dużo poważniejszą sprawą jest trafienie na kogoś, kto nie ma zamiaru słuchać werbalnych argumentów i wykazuje agresję. Takiego osobnika należy pacyfikować gazem łzawiącym, a kiedy to nie pomoże, wówczas chwyć za maczetę (w razie zagrożenia życia). Nie mogę ze szczegółami opisać w jaki sposób używać wymienionych środków. Tej wiedzy nie powinno się rozpowszechniać dla ogółu. Chętni po weryfikacji szczerości ich zamiarów niech pytają przez mail. Teraz tylko kilka uwag w tym temacie.
Najważniejsze o czym trzeba pamiętać kiedy dojdzie do spięcia, jest niedopuszczenie, aby przeciwnik złapał Cię za rękę, ubranie czy cokolwiek, nie mówiąc już o wyrwaniu broni. Również nie wolno dać mu szansy na skuteczne wyprowadzenie ciosu niebezpiecznym narzędziem. Jak się przed tym ustrzec? No właśnie... Wbrew pozorom nie trzeba koniecznie być napakowanym dryblasem by skutecznie walczyć. Nawet filigranowa panienka świetnie sobie poradzi z agresorem, ale pod jednym warunkiem: musi posiadać wyszkolenie bojowe ukierunkowane na walkę wręcz - praktyczne i mentalne. Technika unikania i zadawania ciosów, szybkość działania (refleks), przewidywanie ruchów nieprzyjaciela, opanowanie strachu itp. Wszystko to ma większe znaczenie niż siła fizyczna.

Odradzam łapanie kłusowników znajdujących się na otwartym terenie np. polu albo łące. W przeciwnym razie, jeśli facet wyczuje zagrożenie z Twojej strony, a ma przy sobie pistolet/rewolwer, to nie zawaha się go użyć. Na polu pozbawionym roślinności, która mogłaby stanowić pewną osłonę przed pociskami nie masz szans na ucieczkę.

Agresywne psy

Na koniec tego i tak długiego poradnika opowiem coś o sposobach walki z agresywnymi psami, bo czuję, że ta wiedza może się przydać nie tylko łowcom kłusowników, ale i zwykłym ludziom.
W większości przypadków na atak psów są narażeni rowerzyści jadący przez obszary wiejskie o specyficznych porach: wieczorem, nocą i o świcie. Bynajmniej nie mamy tu do czynienia z psami bezpańskimi, ale z takimi, które w jakiś sposób znalazły się poza nadzorem ich właścicieli. Najczęściej bywa tak, że po prostu wydostają się z posesji różnymi dziurami w ogrodzeniu albo wprost przez otwarte furtki i bramy. Czasem można spotkać działki zupełnie nieogrodzone, a psy na nich pozbawione są jakiejkolwiek kontroli, czyli chodzą gdzie chcą... Nocami łączą się w watahy i szaleją, rano zaś powracają do siebie. Ludzka niefrasobliwość w tej materii generuje moc problemów. Szczekające wynalazki stanowią zagrożenie dla dzikich zwierząt, zwierząt hodowlanych, oraz samych ludzi. Stosunkowo najmniej wkurzające (poza psami typowo bojowymi) są pojedyncze małe sztuki. One zazwyczaj albo nie reagują wcale, albo puszczają się w pogoń oszczekując, choć zdarzają się wśród nich wyjątki i potrafią ugryźć w nogę. O wiele gorzej będzie kiedy trafimy na sforę z co najmniej dwóch psów. W grupie czują siłę, dlatego jest niemal pewne, że przystąpią do ataku. Aby go odeprzeć wystarczy gaz pieprzowy, z tym, że takie rozwiązanie ma pewną wadę - dojdzie do powtórki z rozrywki kiedy będzie się przejeżdżać tamtędy następnym razem. A gazy obezwładniające nie są tanie. Jeśli ktoś ma często do czynienia z agresją psów, to nie wyrobi na chemię obronną. W związku z tym konieczne jest użycie środków siłowych .

Kiedy jadąc rowerem zostaniesz zaatakowany, a po zachowaniu psów będzie widać, że nie zamierzają poprzestać na oszczekiwaniu, wówczas przede wszystkim należy zachować zimną krew. Nie przyspieszaj jazdy, bo psy, zwłaszcza duże i tak Cię dogonią, a Ty stracisz tylko siły. W takiej sytuacji siedząc jeszcze na rowerze wyciągnij maczetę spod ubrania, a następnie zatrzymaj się. Jeśli psy zabierają się od razu do kąsania, to pozwól im złapać za but albo nogawkę. W przypadku gdy oszczekują, a nie chcą odstąpić, wtedy musisz je sprowokować do ataku. W tym celu odpinasz z bagażnika zwiniętą karimatę i gwałtownymi ruchami wymachujesz nią przed psem zmuszając go do jej uchwycenia. Kiedy to się stanie tzn. pies zajął się nogawką/karimatą wówczas zadajesz silny cios, najlepiej w głowę. Nie uderzaj w korpus, bo tym go jeszcze bardziej wkurzysz. Rąbnięcie w pysk nie zawsze przynosi spodziewany efekt, dlatego staraj się trafić (o ile to możliwe) w oczy albo puszkę mózgową. Pamiętaj, że strzał musi być wyprowadzony w chwili, gdy pies trzyma coś w pysku - jest to bardzo ważne! W przeciwnym bowiem razie, jeśli tylko oszczekuje, będąc nawet w zasięgu ręki, to zdąży odskoczyć nim ostrze go dosięgnie. Absolutnie nie dopuść, aby złapał cię zębami za rękę w której trzymasz broń. W związku z tym nie wolno wymachiwać maczetą w powietrzu, bo wtedy, po pierwsze, i tak go w ten sposób nie odpędzisz, po drugie, masz jak w banku, że pies najpierw zaatakuje ruchliwą kończynę, a po trzecie, stracisz bezproduktywnie energię. Uderzenia trzeba zadawać przede wszystkim celnie, a także szybko i z dużą siłą. Ciosem silnym, ale spudłowanym można wyrządzić sobie poważną krzywdę. Jeśli ostrze nie znajdzie oparcia na głowie psa, to pod wpływem rozpędu zatrzyma się na Twojej drugiej ręce albo nodze - zależy od ustawienia. Maczeta może też wylecieć z dłoni, zaś sam rozmach spowodować, że się przewrócisz /+++/.

***

Mógłbym jeszcze podjąć temat zastosowania rewolwerów czarnoprochowych w antykłusowniczej praktyce, ale co za dużo, to niezdrowo. Teraz idź już, jestem zmęczony...


Берия, 16 августа 2019г.

Copyright © 2012-2019 Pierwotny Instynkt